No więc wróciliśmy. Wypad był udany. Najważniejsza dla mnie część wypadu czyli koncert był ZA JE BI STY. Choć mam wrażenie, że w 2005 na Astigmatic grali lepiej (może nie tyle lepiej co żywiej) to i tak był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem. Wydaję mi się też, że był troszkę za cicho wokal. No ale cóż akustycy swoje wiedzą. Całość zepsuł mi troszkę tłum (około 1800 osób w klubie wielkości eskupap'a), było strasznie duszno. Dało się wyczuć, że zebrali się tam fajni ludzie z fajnym klimatem. Zero jakichś sterydów czy dziwnych pysków. W powietrzu co kawałek dało się wyczuć aromat canabis. Na stracie ostro poszalałem i potem przez pół koncertu miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. Mięliśmy też mały problemik ze znalezieniem klubu. Dość duży obszar po jakichś fabrykach zaadoptowany pod miejsce dla młodzieży. Puby, kafejki, kluby, skatepark wszystko w jednym miejscu (szkoda, że u nas nikt nie wykorzystuje w ten sposób takich miejsc.
Koncert trwał około 2,5h więc sporo. Widownia nie chciała puścić Freddy'ch ze sceny. Samego koncertu nie mamy fotek (a szkoda) bo nie chcieliśmy brać nikona, żeby nam nie wadził, a bateryjki do małego aparatu Lilu źle naładowała :/. Nie chciało mi się nagrywać całości bo umknęło by mi dużo koncertu. Poza tym ręka strasznie cierpnie (następnym razem wezmę statyw i gdzieś postawię kamerkę żeby zgrywała). Nagraliśmy tylko pierwszy kawałek.
Po koncercie udało się nawet chwycić autografy klawiszowce (Dobie Blaze) i mistrza wygibasów z tej ekipy czyli puzonowca (Hopepa). Reszta ekipy rozmyła się gdzieś ukradkiem. W końcu kupiliśmy sobie CD bo u nas ciężko dostać. Miałem nadzieję, że będą do kupienia starsza albumy. Niestety na cd był tylko ostatni. Wiehoo za to wyszarpnął singielek Midnight Marauders, a dzień później album Based on a True Story oczywiście vinylki.
Na afterku po koncercie zostało mało ludzi (może 300-400) w sumie mimo fajnych klimatów muzycznych nie mięliśmy siły na imprezkę i zawinęliśmy się do hostelu.
Po drodze spotkaliśmy foto automat trochę zajęło jego rozkminianie ale się udało i oto fotki :).

Oczywiście po dotarciu do hostelu usiedliśmy przy browarku (tylko Lilu przy flaszce co wyraźnie nie podobało się barmanowi (alkohol można było mieć własny)) i zbombaliśmy się jak należy.
Na drugi dzień Wieh wyskoczył na swoją misję. Po śniadaniu wypruł po rower i jazda na poszukiwanie vinylków. My na spokojnie ruszyliśmy w miasto. Nie da się zwiedzić tego miasta w weekend więc nastawiliśmy się na szybki przelot. Chcieliśmy wskoczyć w metro ale w sumie wyszło tak, że przeszliśmy z buta coś między 15-20km a wróciliśmy kolejką. Merto jest strasznie zakręcone i jakoś na początku ciężko się w tym odnaleźć.
Z okazji 20 lecia upadku zostały odnowione obrazy na murze, bardzo fajnie to wygląda.


W samym centrum jest wesołe miasteczko. Gdy byliśmy tam w południe było spokojnie i przyjemnie. Zastanawiałem się czy mają dużo klientów. Gdy byliśmy tam wieczorem okazało się, że to centrum startu imprez dla młodzieży berlińskiej. Z zachowania i wyglądu przypominali naszych penerków.

Karuzela łańcuchowa na wysokości 1,5 wieżowca. Ups przepraszam nie dla mnie.

W końcu grzane winko i Słonko już szczęśliwe.

Bębniarz dawał radę

Wieża widokowa w sumie wyższa niż w Dusseldorfie u Skwarów ale z deczka droższa wjazd 10 euro. Hmm chętnie bym wjechał ale z moim dziwnym zachowaniem w górze nie chcę się spocić za 42pln.

:)

Cała linia muru jest wybrukowana w taki sposób.

Turne małoletnich misek.

No wróciliśmy do naszego hostelu. Polecam. Całkiem przyjemne miejsce. Sunflower.

Wieh jeszcze walczył z płytami ale niebawem też się pojawił.

Berlin ogólnie podoba mi się klimatem ale jest nie na naszą kieszeń. Strasznie drogo na tych landach. Być może dlatego, że stolica w końcu w Wa-wie też tanio nie jest.
Krótko i zwięźle było zajebiście i za rok może też się wybierzemy.
Dopiszę jeszcze coś potem ale na razie mi się nie chcę.
P.S. Kuba dzięki wielkie za nalepkę. Jak się spotkamy to masz u nas wielki browar.










