Obudziliśmy się coś koło 12. Asia niestety nie czuła się na siłach jeszcze wstać więc odpoczywaliśmy do jakiejś 13 oglądając jakiś idiotyczny film z Joey'em z przyjaciół. Jak już mamuśka stwierdziła, że o tej porze za późno na śniadanie więc zaczniemy od obiadu i zaczęła podgrzewać świąteczne potrawy. Asia poczuła jeszcze mocniejsze uderzenia wczorajszej Salsy i trzeba było się ewakuować na świeże powietrze. Wskoczyliśmy więc do Artura i Agi po samochód (dzięki za szybki ratunek :) ) i wróciliśmy na obiad. Potem jeszcze szybkie obskoczenie rodzinek i zawijaliśmy się do Poznania na imieniny Radka i Daniego choć ten drugi niestety nie dał rady dotrzeć. Do Radka pojechałem sam bo Asia musiała odpocząć po świątecznych wojażach. Posiedzieliśmy miło spędziliśmy czas ja już nawet nie miałem za bardzo ochoty pić i bardzo szybko się zawinąłem. Jeszcze zamotanie z taksówką, która czekała na mnie a ja na nią. Jak się zorientowałem to z zakręcenia zostawiałem 1,5l coli centralnie na środku chodnika. Po tym wszystkim wróciłem do domu spokojnie odpocząć ale jak siadłem przy pleju to posiedziałem też do jakiejś 4.
To to by było na tyle z naszych świąt 2009.
Fajnie było spotkaliśmy wielu dawno nie widzianych znajomków. Bracia Sypki, Cypis, Kropa, Ziora pozdrówki.
Jak się ogarnę to coś powrzucam ale na razie trzeba troszkę po pracować. A to w perspektywie Sylwka cieniutko idzie. // Tu też coś wygrzebawszy.
I Święto też nie było lekkie. Szybko z rana na śniadanie do Marty potem szybkie odwiedziny u Asi Babci. Dalej 18 Tobiasza. Ufff znowu pełni i jeszcze bardziej zmęczenia. Jeszcze szybka wbitka do moich rodziców. Chwila oddechu i wskoczyliśmy do Artura i Agi. Pogadaliśmy popiliśmy i ten teges no i można było iść na wieczór Salsy do Kliniki. Dużo piwa fajne Kubańskie brzmienia i bębny. Zabalowaliśmy jeszcze dłużej niż we Wigilię. W drodze do domy odwiedziliśmy jeszcze Musztardę gdzie już się dobiliśmy. Więc w domu byliśmy coś koło 4:30 a może później już nawet nie jestem w stanie stwierdzić.
Święta zaczęliśmy już w środę wieczorem. Usiedliśmy do świątecznego piwka i do 3 graliśmy w CoD. O 7 trzeba było wstać bo na 11 już w Koninie fryzjer umówiony (oczywiście Asi ja to się nawet nie czeszę). Przez cały dzień szukałem chwili żeby się przespać ale się nie udało. Potem jedna wigilia u Asi kolejna u mnie i ... no i co i już miałem dość. Pełny brzuch, zmęczenie a szkoda gadać. A to dopiero pierwszy dzień i to nie koniec. Pojechaliśmy do Żółwika i Moniki. Gdzie oczywiście byłem zbyt mało asertywny żeby odmówić %. Ale co się uśmialiśmy to nasze. Wróciliśmy nad ranem.
Fotek nie wrzucam bo nie chcę mi się obrabiać. Wrzucę jakoś potem. // W końcu coś odgrzebałem jak zwiędnięty szczypior z dna lodówki.
Ehehe Kopernikus daje radę. Chodzimy po tym rynku a tu taki fajny bonus. "Kraina Piwa" coś w sam raz dla nas. Jak tak teraz patrzę na mój opity brzuchol to śmiało mogę stwierdzić, że mam geny Henia i jestem piwoszem. Knajpę szczerze polecamy. Zajebisty barman, zna się na browcach i potrafi doradzić. Jak ktoś ma ochotę na standard typu Lech, Żywiec czy Warka to tu tego nie znajdzie. Czyli udało się nam trafić do pubu takiego jak Wiesiuniuniu(jakby powiedziała Lilu) trafił w Łodzi. Same inne piwa z różnych stron Polski i Europy. Mały przytulny lokal bardzo oblegany. Przy barku czekaliśmy na miejsce bo nie było gdzie siedzieć. Rynek Nowomiejski gorąco polecam.
Oczywiście bez przesady z tym Berlińczykiem. Tak tylko na tytuł fajnie wygląda. No więc wróciliśmy. Wypad był udany. Najważniejsza dla mnie część wypadu czyli koncert był ZA JE BI STY. Choć mam wrażenie, że w 2005 na Astigmatic grali lepiej (może nie tyle lepiej co żywiej) to i tak był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem. Wydaję mi się też, że był troszkę za cicho wokal. No ale cóż akustycy swoje wiedzą. Całość zepsuł mi troszkę tłum (około 1800 osób w klubie wielkości eskupap'a), było strasznie duszno. Dało się wyczuć, że zebrali się tam fajni ludzie z fajnym klimatem. Zero jakichś sterydów czy dziwnych pysków. W powietrzu co kawałek dało się wyczuć aromat canabis. Na stracie ostro poszalałem i potem przez pół koncertu miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. Mięliśmy też mały problemik ze znalezieniem klubu. Dość duży obszar po jakichś fabrykach zaadoptowany pod miejsce dla młodzieży. Puby, kafejki, kluby, skatepark wszystko w jednym miejscu (szkoda, że u nas nikt nie wykorzystuje w ten sposób takich miejsc.
Koncert trwał około 2,5h więc sporo. Widownia nie chciała puścić Freddy'ch ze sceny. Samego koncertu nie mamy fotek (a szkoda) bo nie chcieliśmy brać nikona, żeby nam nie wadził, a bateryjki do małego aparatu Lilu źle naładowała :/. Nie chciało mi się nagrywać całości bo umknęło by mi dużo koncertu. Poza tym ręka strasznie cierpnie (następnym razem wezmę statyw i gdzieś postawię kamerkę żeby zgrywała). Nagraliśmy tylko pierwszy kawałek.
Po koncercie udało się nawet chwycić autografy klawiszowce (Dobie Blaze) i mistrza wygibasów z tej ekipy czyli puzonowca (Hopepa). Reszta ekipy rozmyła się gdzieś ukradkiem. W końcu kupiliśmy sobie CD bo u nas ciężko dostać. Miałem nadzieję, że będą do kupienia starsza albumy. Niestety na cd był tylko ostatni. Wiehoo za to wyszarpnął singielek Midnight Marauders, a dzień później album Based on a True Story oczywiście vinylki.
Na afterku po koncercie zostało mało ludzi (może 300-400) w sumie mimo fajnych klimatów muzycznych nie mięliśmy siły na imprezkę i zawinęliśmy się do hostelu. Po drodze spotkaliśmy foto automat trochę zajęło jego rozkminianie ale się udało i oto fotki :). Oczywiście po dotarciu do hostelu usiedliśmy przy browarku (tylko Lilu przy flaszce co wyraźnie nie podobało się barmanowi (alkohol można było mieć własny)) i zbombaliśmy się jak należy.
Na drugi dzień Wieh wyskoczył na swoją misję. Po śniadaniu wypruł po rower i jazda na poszukiwanie vinylków. My na spokojnie ruszyliśmy w miasto. Nie da się zwiedzić tego miasta w weekend więc nastawiliśmy się na szybki przelot. Chcieliśmy wskoczyć w metro ale w sumie wyszło tak, że przeszliśmy z buta coś między 15-20km a wróciliśmy kolejką. Merto jest strasznie zakręcone i jakoś na początku ciężko się w tym odnaleźć.
Z okazji 20 lecia upadku zostały odnowione obrazy na murze, bardzo fajnie to wygląda.
W samym centrum jest wesołe miasteczko. Gdy byliśmy tam w południe było spokojnie i przyjemnie. Zastanawiałem się czy mają dużo klientów. Gdy byliśmy tam wieczorem okazało się, że to centrum startu imprez dla młodzieży berlińskiej. Z zachowania i wyglądu przypominali naszych penerków. Karuzela łańcuchowa na wysokości 1,5 wieżowca. Ups przepraszam nie dla mnie.
W końcu grzane winko i Słonko już szczęśliwe.
Bębniarz dawał radę
Wieża widokowa w sumie wyższa niż w Dusseldorfie u Skwarów ale z deczka droższa wjazd 10 euro. Hmm chętnie bym wjechał ale z moim dziwnym zachowaniem w górze nie chcę się spocić za 42pln.
:)
Cała linia muru jest wybrukowana w taki sposób.
Turne małoletnich misek.
No wróciliśmy do naszego hostelu. Polecam. Całkiem przyjemne miejsce. Sunflower.
Wieh jeszcze walczył z płytami ale niebawem też się pojawił.
Berlin ogólnie podoba mi się klimatem ale jest nie na naszą kieszeń. Strasznie drogo na tych landach. Być może dlatego, że stolica w końcu w Wa-wie też tanio nie jest. Krótko i zwięźle było zajebiście i za rok może też się wybierzemy.
Dopiszę jeszcze coś potem ale na razie mi się nie chcę.
P.S. Kuba dzięki wielkie za nalepkę. Jak się spotkamy to masz u nas wielki browar.
No no no. Jak ja lubię patrzeć na te wygibasy. 20 lat temu chłopaki z Konina niesieni zajawką stworzyli w małym Koninie coś co przetrwało do dziś. Oczywiście najbardziej zasłużony w tej materii jest Ryba, który kręci już tym ładny szmat czasu. Przypomina mi się jak śmigaliśmy z Gerberem i Bachanem do KDK'u na lekcje u Osesa. Te siniaki, obicia, powykręcane stawy, naciągnięte ścięgna, zakwasy... bezcenne. Ehh to były czasy. A jak można było się przylansować w kółeczku na szkolnych baletach. Choć wtedy nie było jeszcze lansu. Wtedy to było świrowanie :). Szkoda, że już na zawodach nie występują całe ekipy w układach. Ogólnie imprezka stała na dobrym poziomie. Podobało mi się. Szkoda, że zaczęła się z dwugodzinnym opóźnieniem przez co after nie potrwał długo. Bo kto ma siłę na imprezę o 2 w nocy. Ale ogólnie pozytyw na maxa. Fotki niestety nijakie, ale na takie imprezy trzeba już mieć sprzęt z nie szumiącym wyższym iso albo chociaż jasny obiektyw. Może w końcu sobie go sprawię jak popchnę te wszystkie duperele z garażu.
Hiszpan w powietrzu
Zwyciężczyni b-girl contest kręci bańkę
Kolo z ostrowa. Jakbym się tak wygiął to by mnie musieli podnosić
Maniek, rządził w Power'ach Hiszpan próbuje wystartować w b-girl contest
Rzadko udaje mi się mieć fotkę z Kapuchą ale ze Śliwą to już ewenement
Radziol chyba troszkę przesadził z turlanymi bo lekko się zamulił :) i mało się udzielał
To było latem Asi imienino-urodziny. Jak usiedliśmy na pieczarze do stołu to około 2 pod wpływem % zachciało nam się wyjść na imprezkę. Trafiliśmy na plażę PD no i imprezka tak się spodobała, że około 4 z Wiehem wskoczyliśmy do basenu :). A jak się wczoraj okazało Dani pstryknął nam fotkę.
No wiem wiem. Dawno nie pisałem i już nie mam nawet jak się tłumaczyć. Za to dziś piszę :P. Właśnie odwiedził mnie listonosz i odebrałem paczuszkę na którą czekaliśmy. 19:00, 27.11.2009, ASTRA Kulturhaus, Berlin, koncert ulubionej kapeli z Nowej Zelandii czyli Fat Freddy's Drop. Mieli być na Heńku ale jak wiadomo nie było i najlepsze jest to, że nadal nikt nie wyjaśnił dlaczego. Na razie jedziemy w czwórkę bo reszta śmiałków wymiękła.
Na dzień przed świętem Zmarłych jest Halloween które u nas już się chyba też zadomowiło. Byliśmy z Asią w Koninie. Wieczorkiem jak wiadomo trzeba było się gdzieś wybić. Odwiedziliśmy Konińską Klinikę Artystyczną, gdyż doszły nas słuchy, że jest tam jakaś batelka rymowa. Więc ok czemu nie. W końcu to klimaty naszej młodości (ja tam jeszcze się czuję młodo choć wielu już narzeka). Na dzień dobry od właścicielki dowiedzieliśmy się, że nie ma już miejsca więc nie wejdziemy. Spaliliśmy fajeczkę i okazało się, że kilka osób opuściło lokal więc wbijamy.
W środku.
Masa małolatów. Spoko. Też byliśmy małolatami jak chodziliśmy na tego typu imprezy. Ale bez przesady większość to jeszcze dzieciaki. Nawet przy barku nie było kolejki mimo, że sala pękała w szwach. Po prostu nikt o zdrowych zmysłach nie sprzeda dziecku piwa.
Za naszej kadencji takie pojedynki wyglądały raczej jak zabawa słowem i pokazy umiejętności i odbywały się raczej przy okazji koncertu. Spodziewałem się, że będzie to raczej przekrzykiwanie się małolatów niż inteligentne przechwałki ale miałem nadzieję, że znajdę tam jakąś perełkę. Nic z tych rzeczy. Zwykłe okładanie się błotem. Bez pomysłu, bez polotu, bez przyszłości. Teksty typu wypierdalaj cienki chuju, jesteś fletem, ciągnij itp. U wszystkich "rymujących" występowała tendencja do nadużywania znaków interpunkcyjnych w postaci słowa kurwa. Staliśmy w Wiwaczem i Kapuchą w kąciku i ręce nam opadały coraz niżej aż w końcu wyszliśmy zniesmaczeni. Więc podsumowując nie nazwał bym tego hip hop'em a chłop chłopem bo pierwsze moje skojarzenie było z wsią. Mam nadzieję, że nadchodząca rocznica Wielkopolskiego b-boy'ingu będzie miała wysoki poziom. Choć w sumie czasy się zmieniają więc może być różnie.
No troszkę czasu to zajęło ale w końcu nas odwiedzili. Rodzina Skrobiszów zawitała do pieczary. Było fajnie, było miło ale za mało czasu, żeby dobrze pogadać :/. Lenka już nie taka malutka zasuwa po chacie jak szalona.
Po wernisażu Bachana przyjechaliśmy na pieczarę. Posiedzieliśmy, pojedliśmy, popiliśmy. A następnego dnia była piękna pogoda więc postanowiliśmy to wykorzystać.
Mój kochany papcio przywiózł z niemieckich podbojów kilka win, które kupił na flohmarkt'cie. No do nam się dostały w prezencie dwa winka. Jedno z wytrawne z 1987 i drugie półsłodkie 1979 czyli w sumie starsze ode mnie. No więc na pieczarze gdzie wina są ogólnie lubiane zbyt długo się nie utrzymały. Ogólnie za półsłodkim nie przepadam ale to myło wyśmienite. To wytrawne też było dobre ale półsłodkie zdecydowanie wygrało tą rywalizację.
Czasem jak mnie coś chwyci za łydę to biorę aparat. Nakładam makro raynox'a i próbuję coś znaleźć. Tym razem było inaczej. Wyszedłem na tarasik patrzę a tu siedzi modelka. Więc szybko po aparat (na szczęści był naładowany :) ) i próbujemy. Normalnie wcale się nie bała. Zazwyczaj nie da się do takiej podejść na 0,5 metra a co dopiero przystawić obiektyw na 5cm.
W Chorwacji było dobrze. Miło nie małych przeszkód dotarliśmy i co najważniejsze wróciliśmy. Teraz znowu zapierdziel z robotą więc chwilowo dam tylko co mi wpadło w łapska. Potem może jak się uda dam coś więcej.