Szary zwykły

niedziela, 29 listopada 2009

Ich bin ein Berliner

Oczywiście bez przesady z tym Berlińczykiem. Tak tylko na tytuł fajnie wygląda.
No więc wróciliśmy. Wypad był udany. Najważniejsza dla mnie część wypadu czyli koncert był ZA JE BI STY. Choć mam wrażenie, że w 2005 na Astigmatic grali lepiej (może nie tyle lepiej co żywiej) to i tak był to jeden z najlepszych koncertów jakie widziałem. Wydaję mi się też, że był troszkę za cicho wokal. No ale cóż akustycy swoje wiedzą. Całość zepsuł mi troszkę tłum (około 1800 osób w klubie wielkości eskupap'a), było strasznie duszno. Dało się wyczuć, że zebrali się tam fajni ludzie z fajnym klimatem. Zero jakichś sterydów czy dziwnych pysków. W powietrzu co kawałek dało się wyczuć aromat canabis. Na stracie ostro poszalałem i potem przez pół koncertu miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. Mięliśmy też mały problemik ze znalezieniem klubu. Dość duży obszar po jakichś fabrykach zaadoptowany pod miejsce dla młodzieży. Puby, kafejki, kluby, skatepark wszystko w jednym miejscu (szkoda, że u nas nikt nie wykorzystuje w ten sposób takich miejsc.

Koncert trwał około 2,5h więc sporo. Widownia nie chciała puścić Freddy'ch ze sceny. Samego koncertu nie mamy fotek (a szkoda) bo nie chcieliśmy brać nikona, żeby nam nie wadził, a bateryjki do małego aparatu Lilu źle naładowała :/. Nie chciało mi się nagrywać całości bo umknęło by mi dużo koncertu. Poza tym ręka strasznie cierpnie (następnym razem wezmę statyw i gdzieś postawię kamerkę żeby zgrywała). Nagraliśmy tylko pierwszy kawałek.


Po koncercie udało się nawet chwycić autografy klawiszowce (Dobie Blaze) i mistrza wygibasów z tej ekipy czyli puzonowca (Hopepa). Reszta ekipy rozmyła się gdzieś ukradkiem. W końcu kupiliśmy sobie CD bo u nas ciężko dostać. Miałem nadzieję, że będą do kupienia starsza albumy. Niestety na cd był tylko ostatni. Wiehoo za to wyszarpnął singielek Midnight Marauders, a dzień później album Based on a True Story oczywiście vinylki.

Na afterku po koncercie zostało mało ludzi (może 300-400) w sumie mimo fajnych klimatów muzycznych nie mięliśmy siły na imprezkę i zawinęliśmy się do hostelu.
Po drodze spotkaliśmy foto automat trochę zajęło jego rozkminianie ale się udało i oto fotki :).

Oczywiście po dotarciu do hostelu usiedliśmy przy browarku (tylko Lilu przy flaszce co wyraźnie nie podobało się barmanowi (alkohol można było mieć własny)) i zbombaliśmy się jak należy.

Na drugi dzień Wieh wyskoczył na swoją misję. Po śniadaniu wypruł po rower i jazda na poszukiwanie vinylków. My na spokojnie ruszyliśmy w miasto. Nie da się zwiedzić tego miasta w weekend więc nastawiliśmy się na szybki przelot. Chcieliśmy wskoczyć w metro ale w sumie wyszło tak, że przeszliśmy z buta coś między 15-20km a wróciliśmy kolejką. Merto jest strasznie zakręcone i jakoś na początku ciężko się w tym odnaleźć.


Z okazji 20 lecia upadku zostały odnowione obrazy na murze, bardzo fajnie to wygląda.


W samym centrum jest wesołe miasteczko. Gdy byliśmy tam w południe było spokojnie i przyjemnie. Zastanawiałem się czy mają dużo klientów. Gdy byliśmy tam wieczorem okazało się, że to centrum startu imprez dla młodzieży berlińskiej. Z zachowania i wyglądu przypominali naszych penerków.

Karuzela łańcuchowa na wysokości 1,5 wieżowca. Ups przepraszam nie dla mnie.


W końcu grzane winko i Słonko już szczęśliwe.


Bębniarz dawał radę



Wieża widokowa w sumie wyższa niż w Dusseldorfie u Skwarów ale z deczka droższa wjazd 10 euro. Hmm chętnie bym wjechał ale z moim dziwnym zachowaniem w górze nie chcę się spocić za 42pln.


:)


Cała linia muru jest wybrukowana w taki sposób.


Turne małoletnich misek.



No wróciliśmy do naszego hostelu. Polecam. Całkiem przyjemne miejsce. Sunflower.



Wieh jeszcze walczył z płytami ale niebawem też się pojawił.


Berlin ogólnie podoba mi się klimatem ale jest nie na naszą kieszeń. Strasznie drogo na tych landach. Być może dlatego, że stolica w końcu w Wa-wie też tanio nie jest.
Krótko i zwięźle było zajebiście i za rok może też się wybierzemy.

Dopiszę jeszcze coś potem ale na razie mi się nie chcę.

P.S. Kuba dzięki wielkie za nalepkę. Jak się spotkamy to masz u nas wielki browar.

niedziela, 22 listopada 2009

20-lecie konińskiego b-boy'ingu

No no no. Jak ja lubię patrzeć na te wygibasy. 20 lat temu chłopaki z Konina niesieni zajawką stworzyli w małym Koninie coś co przetrwało do dziś. Oczywiście najbardziej zasłużony w tej materii jest Ryba, który kręci już tym ładny szmat czasu. Przypomina mi się jak śmigaliśmy z Gerberem i Bachanem do KDK'u na lekcje u Osesa. Te siniaki, obicia, powykręcane stawy, naciągnięte ścięgna, zakwasy... bezcenne. Ehh to były czasy. A jak można było się przylansować w kółeczku na szkolnych baletach. Choć wtedy nie było jeszcze lansu. Wtedy to było świrowanie :). Szkoda, że już na zawodach nie występują całe ekipy w układach.
Ogólnie imprezka stała na dobrym poziomie. Podobało mi się. Szkoda, że zaczęła się z dwugodzinnym opóźnieniem przez co after nie potrwał długo. Bo kto ma siłę na imprezę o 2 w nocy. Ale ogólnie pozytyw na maxa. Fotki niestety nijakie, ale na takie imprezy trzeba już mieć sprzęt z nie szumiącym wyższym iso albo chociaż jasny obiektyw. Może w końcu sobie go sprawię jak popchnę te wszystkie duperele z garażu.

Hiszpan w powietrzu


Zwyciężczyni b-girl contest kręci bańkę


Kolo z ostrowa. Jakbym się tak wygiął to by mnie musieli podnosić


Maniek, rządził w Power'ach

Hiszpan próbuje wystartować w b-girl contest


Rzadko udaje mi się mieć fotkę z Kapuchą ale ze Śliwą to już ewenement


Radziol chyba troszkę przesadził z turlanymi bo lekko się zamulił :) i mało się udzielał


Tomasz K z lekką bombą

niedziela, 15 listopada 2009

A jednak ktoś to złapał.

To było latem Asi imienino-urodziny. Jak usiedliśmy na pieczarze do stołu to około 2 pod wpływem % zachciało nam się wyjść na imprezkę. Trafiliśmy na plażę PD no i imprezka tak się spodobała, że około 4 z Wiehem wskoczyliśmy do basenu :). A jak się wczoraj okazało Dani pstryknął nam fotkę.

sobota, 7 listopada 2009

A to Ci niespodzianka

Wczoraj Radziol miał wskoczyć na pieczarę poskładać coś na imprezkę. Wpadł ale z gościem którego nikt się raczej nie spodziewał.

No i zamiast składania na imprezkę była mała popijawka.

wtorek, 3 listopada 2009

Czekali czekali i się doczekali

No wiem wiem. Dawno nie pisałem i już nie mam nawet jak się tłumaczyć. Za to dziś piszę :P. Właśnie odwiedził mnie listonosz i odebrałem paczuszkę na którą czekaliśmy.
19:00, 27.11.2009, ASTRA Kulturhaus, Berlin, koncert ulubionej kapeli z Nowej Zelandii czyli Fat Freddy's Drop.
Mieli być na Heńku ale jak wiadomo nie było i najlepsze jest to, że nadal nikt nie wyjaśnił dlaczego.
Na razie jedziemy w czwórkę bo reszta śmiałków wymiękła.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Halloween w rytmie chłop chłopu

Na dzień przed świętem Zmarłych jest Halloween które u nas już się chyba też zadomowiło. Byliśmy z Asią w Koninie. Wieczorkiem jak wiadomo trzeba było się gdzieś wybić. Odwiedziliśmy Konińską Klinikę Artystyczną, gdyż doszły nas słuchy, że jest tam jakaś batelka rymowa. Więc ok czemu nie. W końcu to klimaty naszej młodości (ja tam jeszcze się czuję młodo choć wielu już narzeka).
Na dzień dobry od właścicielki dowiedzieliśmy się, że nie ma już miejsca więc nie wejdziemy. Spaliliśmy fajeczkę i okazało się, że kilka osób opuściło lokal więc wbijamy.

W środku.

Masa małolatów. Spoko. Też byliśmy małolatami jak chodziliśmy na tego typu imprezy. Ale bez przesady większość to jeszcze dzieciaki. Nawet przy barku nie było kolejki mimo, że sala pękała w szwach. Po prostu nikt o zdrowych zmysłach nie sprzeda dziecku piwa.

Za naszej kadencji takie pojedynki wyglądały raczej jak zabawa słowem i pokazy umiejętności i odbywały się raczej przy okazji koncertu. Spodziewałem się, że będzie to raczej przekrzykiwanie się małolatów niż inteligentne przechwałki ale miałem nadzieję, że znajdę tam jakąś perełkę. Nic z tych rzeczy. Zwykłe okładanie się błotem. Bez pomysłu, bez polotu, bez przyszłości. Teksty typu wypierdalaj cienki chuju, jesteś fletem, ciągnij itp. U wszystkich "rymujących" występowała tendencja do nadużywania znaków interpunkcyjnych w postaci słowa kurwa.
Staliśmy w Wiwaczem i Kapuchą w kąciku i ręce nam opadały coraz niżej aż w końcu wyszliśmy zniesmaczeni.
Więc podsumowując nie nazwał bym tego hip hop'em a chłop chłopem bo pierwsze moje skojarzenie było z wsią.
Mam nadzieję, że nadchodząca rocznica Wielkopolskiego b-boy'ingu będzie miała wysoki poziom. Choć w sumie czasy się zmieniają więc może być różnie.

sobota, 24 października 2009

Nareszcie dotarli

No troszkę czasu to zajęło ale w końcu nas odwiedzili. Rodzina Skrobiszów zawitała do pieczary. Było fajnie, było miło ale za mało czasu, żeby dobrze pogadać :/. Lenka już nie taka malutka zasuwa po chacie jak szalona.